Centrum Edukacji Przyrodniczo-Leśnej w Rogowie

LZD | Wydział Leśny | SGGW
Działalność CEPL | Ważne adresy | Obiekty dydaktyczne | Święta w LZD |Jak do nas trafić | Kontakt
Lekcje w lesie | Program dla szkół | Szkolenia | Konkursy | Materiały dydaktyczne
Zapraszamy | Współczesne zagadnienia edukacji leśnej | Aktywne metody ochrony przyrody | Zorganizuj konferencję w Rogowie
Wydawnictwa | Artykuły | Galeria zdjęć
Informacje ogólne | Komitet Redakcyjny | Zeszyty SiM | Informacje dla autorów | Recenzja | Kontakt | Zamawianie
Aktualności | O Muzeum | Zwiedzanie | Edukacja | Kontakt
Założenia | Aktualności | Edycje | Promocja | Wydawnictwa | Artykuły | Zdjęcia i głosy sów | Sowoteka | Wypluwnik | Sztuczne gniazda

BUBOBORY w Lasach Państwowych

Dariusz Anderwald

Diabeł rogaty. Fot. Tomir Kubicki

O tym, że sowy są tajemnicze, straszne i budzą grozę, wie niemal każde dziecko. Ale także w wielu dorosłych tkwi głębokie przeświadczenie, iż z tą rodziną ptaków związane są jednak jakieś siły nieczyste. Okazuje się, że te podświadome lęki swoje korzenie mają w prasłowiańskich czasach, kiedy zwierzęta dla naszych praprzodków były bóstwami. Albo wręcz przeciwnie - demonami. Na czele słowiańskich duchów leśnych bowiem stał upersonifikowany władca zwierząt - borowy, boruta przedstawiany jako wilk lub puchacz. Był to duch wobec ludzi nieprzyjazny, który zwodził na manowce. Składano mu w lesie odpowiednie ofiary, stosowano też zamawiania i magiczne zabiegi, aby mieć od niego spokój.

Oczami Troglodyty i Słowianina

Odrzućmy na chwilę darwinizm, prawa ewolucji, zwykły racjonalizm i naukowy obiektywizm. Dla dawnych ludzi sowy, choćby już tylko ze względu na nocny tryb życia, były demoniczne. Noc bowiem, to czerń, która w naszym kręgu kulturowym związana jest z żałobą, smutkiem, a także i ze złem. W ciemnej nocy - żywiole sów - do siedzib ludzi zakradały się wyimaginowane bądź prawdziwe dzikie bestie. Spokojny sen przerywały przeraźliwe wycia wilków i złowróżbne pohukiwania puchaczy. Dopiero jasny ogień w ręku człowieka wczesnego halocenu nauczył je odpowiedniego respektu i zmusił do ucieczki. Badania paleoornitologiczne i paleobotaniczne dowodzą, że podczas ostatniego zlodowacenia niektóre regiony dzisiejszej Polski nie były wyłącznie bezdrzewną tundrą. W zacisznych dolinach i na południowych zboczach wśród obszarów tundry znajdowały się zalesione płaty. Materiał kostny znajdowany w jaskiniach Polski, Czech i Węgier dowodzi, że zamieszkiwali je niegdyś zarówno ludzie jak i drapieżniki, głównie duże sowy, jak puchacz i sowa śnieżna.  Typowa dla strefy lasotundry była obecność sów borealnych: śnieżnej, jarzębatej i błotnej. W końcu zlodowacenia bałtyckiego w ówczesnych rozległych lasach musiały być także drzewa o znacznych grubościach. Dowodzi tego obecność szczątków kopalnych dużych dzięciołów i sów uważanych za tzw. obligatoryjne dziuplaki, np.: włochatek, sóweczek i puszczyków. Znamienna staropolska nazwa "puhacz", tak jak "duch" i forma "duchu", zawiera w swej budowie sylabę charakterystyczną dla głosu godowego tego gatunku. Puchacze wydając z rzadka swoje zawołania, wyraźnie akcentują samogłoskę "u". Przeciągłe "u" słychać w wielu językach, np. w germańskiej nazwie gatunkowej "Uhu", łacińskiej "Bubo" i wielu innych.

Kraina diabła rogatego. Fot. Dariusz Anderwald
 
 
 

Do dziś, jak sto czy dziesięć tysięcy lat temu, ciszę lutowych i marcowych nocy nadal przeszywa tak samo gardłowe "Uuhu" puchaczy, które słychać z oddali, czasami nawet z 4 kilometrów. Kto samotnie słyszał ten głos, ten wie, że mogą człeka nachodzić różne wątpliwości. Podczas wydawania głosu pióra na gardle ptaków podnoszą się i ukazują dużą białą plamę w kształcie półksiężyca. Nic zatem dziwnego, że i dla naszych przodków nie był to głos ptaka, lecz głos jakiejś zmory czy wręcz diabolicznego ducha. Czort ten czasami podlatywał nawet w pobliże domostw, jednak zawsze w sposób zupełnie bezszelestny, co dodatkowo potęgowało ludzkie przerażenie. Bo przecież ptaki latające za dnia wyraźnie słychać, choćby łabędzie. Poza tym potężne i ostre, owłosione szpony naprawdę mogłyby zrobić krzywdę, gdyby ich nagle użył przeciwko człowiekowi. A dziwne, sute i pstrokate upierzenie oraz sterczące uczy niczym rogi? Ale prawdopodobnie największy lęk i zdziwienie budziły dwie rzeczy: żarzące się jak piekielny ogień prawie czerwone oczy i pióra głowy przypominające . ludzką twarz! Wszystko to dawało wystarczające powody do strachu, lecz także agresji. Podobnych rad, wydawać by się mogło, udzielała też sama natura w postaci wielu przykładnych ataków wszelakiego dziennego ptactwa na odkrytego za dnia puchacza.

Nie dziwi zatem, że ludzie owi bali się i nienawidzili dziwnego zwierza - władcę duchów leśnych. Wpierw składali mu ofiary, by potem przez wieleset lat bezwzględne prześladować ten gatunek. Puchacze po dziś dzień unikają sąsiedztwa człowieka, gnieżdżąc się w miejscach ustronnych, gdzie diabeł mówi dobranoc.

Nie taki puchacz straszny.

Dzisiaj na wiele rzeczy patrzymy już inaczej, dzięki zdobyczom nauki. Puchacz, jak to sowa, jest ptakiem o aktywności zmierzchowo-nocnej, bo wtedy najłatwiej o pożywienie. Choć jest polifagiem, to jednak najczęściej żywi się gryzoniami i innymi drobnymi kręgowcami, które także żerują o zmierzchu i nocą. Nie zmienia to faktu, że w potrzebie sowy, w tym także puchacz, potrafią polować za dnia. Co więcej, są nawet gatunki o aktywności dziennej, np. sowa błotna, sowa jarzębata czy sóweczka.

Aby złapać swą ofiarę, puchacz musi lecieć w sposób bezszelestny. Gryzonie z natury bowiem są bardzo czujne i gdyby w porę usłyszały świst piór drapieżnika, umknęłyby do swych kryjówek. Dlatego pióra sów posiadają delikatny meszek na swej powierzchni. Cząsteczki powietrza opływające skrzydło wpadają w zawirowania, są wyhamowywane na niezliczonej ilości mechatych włosków pokrywających pióra. Analogicznie cząsteczki strug powietrza na gładkich piórach ptaków dziennych pędzą niczym niepowstrzymane z dużą prędkością i powodują świst. Wytłumienie dotyczy także szponów. U puchacza "narzędzie pracy" jest całkowicie opierzone aż do nasady pazurów. Chroni to przed chłodem nocy, ugryzieniami ofiar i oczywiście wycisza w tak ważnym ostatecznym momencie polowania.

Puchacz jest ptakiem o dużych terytoriach wynoszących około 20-25 km2. Stąd głos jaki wydaje musi być słyszalny z dużej odległości, nawet kilku kilometrów. Choć z pozoru niegłośny, to jednak głęboki tembr znamiennego "Uuhu" sprawia, że jest bardzo donośny.

Ogromne oczy puchacza oczywiście nie są czerwone, posiadają natomiast intensywnie pomarańczowe tęczówki. Żółto-pomarańczowy kolor tęczówek jest charakterystyczny dla gatunków borealnych: włochatki, sóweczki, sowy mszarnej, jarzębatej, błotnej czy śnieżnej. Podobnie jak u ptaków szponiastych oczy sów nie są umieszczone po bokach głowy, lecz blisko siebie. Dzięki temu ptaki tego rzędu zyskują widzenie dwuoczne i doskonałą umiejętność oceny odległości od ofiary, nawet w prawie zupełnych ciemnościach. Zbudowane niczym lustrzane obiektywy oczy sprawiają, że sowy widzą 100 razy lepiej niż człowiek. Jednak największy skarb to uszy. Mówi się nawet, że "sowy widzą uszami". Pęczki piór przypominające naszym słowiańskim przodkom diabelskie rogi, pełnią różne funkcje (np.: kryptyczne lub oddające stany emocjonalne), ale zupełnie nie są związane ze zmysłem słuchu. Uszy sów to wielkie dziury po bokach w gruncie rzeczy małej głowy. Różna wielkość i asymetryczne usytuowanie ułatwiają precyzyjną lokalizację ofiary, nawet gryzonia zupełnie niewidocznego pod śniegiem czy warstwą liści. Zadziwiające ułożenie piór przodu głowy także nie jest przypadkowe. Tzw. szlara to nic innego jak współczesny mikrofon kierunkowy albo antena satelitarna, na czaszy której dźwięki są wzmacniane i ogniskowane w otworach usznych. Na pierwszy rzut oka szlara i blisko siebie ułożone oczy sprawiają wrażenie ludzkiej twarzy. Stąd niewątpliwie brała się groza i rodziła agresja wśród ludzi, a nawet zwierząt. Drobne ptaki śpiewające za dnia z wielkim hałasem prześladują każdą sowę zdemaskowaną gdzieś wśród koron drzew. Z biologicznego punktu widzenia jest to zjawisko zbiorowej obrony swych lęgów przed "dziwnym" drapieżnikiem, zwane nękaniem. To dobra wskazówka dla leśników, aby poszukać przytulonych do pnia, siedzących nieruchomo w gęstych koronach drzew puchaczy. Jednak żółto-brązowo-czarne upierzenie jest na tyle maskujące, że nie jest to takie łatwe. "Uszy" imitują korę lub liście powiewające na wietrze. Ptak z przymrużonymi oczami może przez wiele godzin udawać, że jest częścią pnia lub gałęzi. Do czasu. Kiedy zgaśnie słońce.

Dariusz Anderwald
Leśny Zakład Doświadczalny SGGW